Wariant węgierski często jest przywoływany w dyskusji o pomocy dla frankowiczów. Zdaniem polskich kredytobiorców, brak jakiejkolwiek pomocy dla płatników jest sporym uchybieniem, tym bardziej, że w innych państwach już dawno się tym zajęto.

Nie jest to jednak cała prawda. Na Węgrzech faktycznie doszło do przewalutowania kredytów rozliczanych we franku lub euro, z tym że cała ta operacja nie wyglądała tak, jak przedstawiają to zwolennicy podobnego rozwiązania. Tak naprawdę, zastosowanie wariantu węgierskiego nad Wisłą wywołałoby spore niezadowolenie. Dlaczego? Przewalutowanie węgierskiego kredytu, z nielicznymi wyjątkami, było obowiązkowe.

Ale nie odbywało się ono po kursie z dnia umowy – do przeliczenia wzięto średni kurs franka z 16 czerwca – 7 listopada 2014 roku. Dodatkowo klienci mogli jeszcze liczyć na rekompensaty za niedozwolone praktyki, czyli np. narzucanie za wysokich spreadów. Łącznie przeciętny węgierski kredytobiorca otrzymał umorzenie na poziomie 20-25 procent. Lecz nie każdy klient tyle zyskał, ponieważ dla niektórych przewalutowanie nie oznaczało żadnego zysku, a wręcz można było na tym stracić. Podobnie byłoby w Polsce. Przewalutowanie na tych samych zasadach co na Węgrzech wielu osobom przyniosłoby pewną rekompensatę, ale i tak nie wyrównałoby to wszystkich strat i byłoby dużo mniej korzystne niż przewalutowanie po kursie z dnia podpisania umowy.